Kiedyś zagram… z czeluści bibliotek #8 – Griftlands

Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą jaki mam stosunek do gier Indie. Lekko rzecz ujmując – nie za dobry. Dla mnie większość tytułów to nic nie warte badziewie. Na szczęście są wyjątki. Takim wyjątkiem było chociażby fantastyczne Slay the Spire. Ale dzisiaj nie będzie o nim.

Jak trafiłem na Griftlands

Co tu dużo mówić, grę miałem na oku od jakiegoś czasu. Lubię gry deckbuildingowe czy to na PC jak Slay the Spire, czy to w planszówkowej, fizycznej formie. Przed zakupem wstrzymywały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze – nie ufam early accessom. Przy Slay the Spire zaryzykowałem i się nie zawiodłem, ale nie zawsze jest tak różowo. Po drugie, cena była nieco za wysoka.

Griftlands rozmowa

Ostatecznie w czasie Summer Sale na Steamie zdecydowałem się zaryzykować, dzięki czemu możecie czytać te wypociny.

Z czym to się je?

Griftlands to przedstawiciel popularnego ostatnio gatunku roguelike. Dostajemy początkowe sprzęt (w tym przypadku deck) i lecimy przed siebie do celu. Z permanentną śmiercią i brakiem klasycznego zapisu. Wiecie o co chodzi, raczej łatwo nie będzie.

Griftlands wybór postaci

I nie jest. Fakt faktem podejścia na pierwszym poziomie do Griftlands były dla mnie dużo łatwiejsze niż w Slay the Spire, ale to dopiero początek zabawy. W przeciwieństwie do konkurenta, gra studia Klei Entertainment stara się położyć większy nacisk na stronę fabularną. Zamiast randomowego parcia do przodu przez kolejne nienazwane korytarze mamy mapę lokacji z pozaznaczanymi questami. Same starcia z wykorzystaniem kart również są nieco inne, o czym za chwilę powiem. Mówiąc krótko – niby podobne do Slay the Spire, ale nie do końca.

Postacie i Questy

Póki co do dyspozycji oddano nam 2 postacie, trzecia jest w drodze. Mamy więc Sal, łowczynię głów, która nastawiona jest bardziej na walkę oraz szpiega Rooka. Każda z tych postaci oprócz innego decku posiada inną historię rozgrywającą się na zupełnie innej mapie. Byłem więcej niż zaskoczony, kiedy to zobaczyłem, to naprawdę fajne urozmaicenie.

Griftlands map

Jako Sal naszym celem jest zemsta na… a nie powiem 🙂 Sal jest raczej standardową postacią, łatwą do opanowania, bez jakichś bardziej skomplikowanych mechanik. Z kolei Rook jest dość ciekawy i dużo trudniejszy w prowadzeniu. W walce operuje na tzw. charge’ach swoich pistoletów, natomiast podczas negocjacji spory wpływ ma rzut monetą. Dosłownie. A, właśnie… walki i negocjacje.

Deckbuilding nieco inaczej

Praktycznie wszystkie questy można rozwiązać na dwa sposoby: siłowo bądź za pomocą negocjacji. Wbrew pozorom oba tryby nie różnią się od siebie aż tak bardzo. Do obu mamy oczywiście inne decki, ale cel jest ten sam – zjechać przeciwnika.W przypadku walki bezpośredniej każdy z przeciwników i sojuszników posiada pewną wartość paniki. Jeżeli ją przekroczymy to dana jednostka będzie przez jakiś czas niezdolna do wykonywania akcji. Jeśli uda się nam w ten sposób „pokonać” wszystkich przeciwników to możemy zdecydować o ich losie. Tak, możemy tu normalnie zabijać NPCków, jednak ma to swoją cenę. Ba, nawet można dostosować pod taką taktykę nasz styl gry. Aha – w przeciwieństwie do negocjacji w walce możemy zginąć.

Griftlands fight

Nieco inaczej wyglądają negocjacje. Tutaj głównie zbijamy argumenty przeciwników, broniąc przy tym swoich. Brzmi w swoich założeniach ciekawie, ale nie będę was tu oszukiwał – dużo od walki się nie różni. Różnica taka, że mamy tu mniejsze ryzyko – porażka w negocjacjach nie oznacza końca gry.

Griftlands

Każda karta, którą używamy w walce, zdobywa doświadczenie (o ile jest na 1 poziomie). Jeżeli pasek doświadczenia się wypełni to możemy po starciu ulepszyć naszą kartę na jeden z dwóch losowo wybieranych sposobów. Dlatego zawsze warto zagrać kartę jeśli mamy możliwość, nawet jeśli nie będzie ona wywierać wpływu na sytuację na ekranie. Podobnie jest z „artefaktami” (Grafts), które zdobywamy w trackie gry. One również mogą awansować. No i to chyba na tyle.

Audio/wideo

Po screenach gra wyglądała dla mnie dziwnie znajomo, ale za cholerę nie mogłem przypomnieć sobie skąd znam taką kreskę. Dopiero po zerknięciu na wikipedię przypomniało mi się o pewnej grze, którą notabene też teraz zakupiłem na promocji. Shank. Tak, ta kreska naprawdę mocno przypomina tę przyjemną, krwawą platformówkę. Widać, że mamy do czynienia z tym samym artystą. Co do muzyki… mi nie przeszkadza, więc chyba jest ok.

Griftlands

Żeby jednak nie było tak wesoło…

O ile jako całość Griftlands śmiga bardzo przyjemnie, o tyle są rzeczy, które nie do końca mi siadły. Bądź są po prostu znakiem statusu early access. Miło, że gra stara się być nieco świeższa i nastawia się na opowiadanie historii, ale questy są mega powtarzalne. I przez „mega powtarzalne” mam namyśli, że z 70% questów z poprzedniego run’a było niemal identycznych, nie licząc podmian imion NPCków. Z jednej strony rozumiem, early access, wszystko się dopiero rozkręca. Z drugiej… no słabo, skoro tym się reklamujemy.

Drugą rzeczą są same karty. Rozumiem, że startowy deck jest słaby i dopiero rozkręcamy się w trakcie. Sęk w tym, że… tak naprawdę mało które karty są naprawdę dobre. A niektóre w startowych deckach wręcz przeszkadzają. Troszkę to utrudnia rozgrywkę, ale raczej w sposób działający na nerwy niż rzucający wyzwanie.

Griftlands story

Nie do końca też przekonuje mnie system „kocham-nienawidzę” napotkanych NPCków. Skrajne wartości dostarczają nam bonusów bądź debuffów, pośrednie nie robią właściwie nic ciekawego. Z jednej strony pomysł dobry, z drugiej – manewrowanie pomiędzy statusami wydaje się nieco sztuczne.

Dobre?

Póki co dobre, ale nadal wolę Slay the Spire. W Griftlands nie wszystkie rozwiązania do mnie trafiają. Z pewnością jest ciekawie i warto projekt obserwować, nawet jeśli nie zdecydujemy się na zakup w early accessie. Sam jestem ciekaw jak projekt się rozwinie i czy nie zniknie w zalewie podobnych gier. Póki co – dla mnie takie mocne 7/10.

Komenatrze