Planszówkowy rzut okiem – recenzja 1960: The Making of the President

Dla przeciętnego Europejczyka rozwiązania zastosowane w prawie Stanów Zjednoczonych to często prawdziwy WTF. Z wyborami nie jest inaczej, USA posiada dość…specyficzny system wyboru prezydenta. Ale za to znakomicie nadający się na grę planszową. I właśnie dlatego mogę dzisiaj Wam napisać o 1960: The Making of the President.

Wydanie i z czym to się je

Posiadane przeze mnie wydanie jest już czwartym tej gry (drugim wydawnictwa GMT). Jeśli gra ma tyle wydań to, spojler alert, powinniście wiedzieć, że jest dobra. Nie do końca wiem czym się różniły wydania pomiędzy sobą w kwestii zasad. Pamiętam za to, że starsze wydanie od Z-Mana miało nieco cieńsze żetony. Więcej grzechów nie pamiętam, wybaczcie.

Elementów w pudle jest sporo, choć jak na swoją cenę (zapłaciłem ~320zł) szału nie robi. Mamy naprawdę schludną, choć nieco ascetyczną planszę. Mnóstwo świetnej jakości kart ze zdjęciami autentycznych postaci/wydarzeń historycznych oraz całą masę drewnianych kwadracików w dwóch kolorach. Graficznie raczej nikogo gra nie porwie, wygląda nieco sterylnie… ale nie można raczej powiedzieć, że brzydko.

1960: The Making of the President

Sama gra dotyczy, jak nazwa wskazuje, wyborów z roku 1960 w Stanach Zjednoczonych. Wyborcy mieli wtedy do dyspozycji wiceprezydenta ówczesnego, bardzo szanowanego, prezydenta Eisenhowera – Richarda Nixona po stronie republikańskiej oraz Johna F. Kennedy’ego po stronie demokratów. Ostatecznie zwyciężył Kennedy (choć nie był faworytem), głównie dzięki wsparciu żony Martina Luthera Kinga oraz lepszemu wrażeniu po debacie z Nixonem. Co ciekawe, podobno słuchacze radio uznali, że to Nixon wyraźnie wygrał z Kennedy’m, jednak kandydat Republikanów prezentował się bardzo źle po dopiero przebytej chorobie na wizji – był blady i bardzo się pocił. Ot ciekawostka. Ostatecznie obaj panowie zostali w końcu prezydentami USA… i obaj dość kiepsko zakończyli swoje kadencje.

Zasady (duży skrót)

Rozgrywka składa się z 9 tur, za każda z nich (poza dwoma wyjątkami) składa się z 4 faz. Pierwszą fazą jest faza inicjatywy, podczas której dociągamy cube’y z woreczka, a gracz, którego koloru dociągniemy więcej decyduje kto zaczyna.

Drugą fazą jest faza “aktywacji” na zmianę każdy z graczy może zagrać jedną z kart na kilka różnych sposobów. Pierwszą opcją jest zagranie wydarzenia z karty. Wówczas rozpatrujemy tekst na karcie i usuwamy kartę z gry o ile nie stosują się tu specjalne zasady. Drugą opcją jest zagranie na punkty. Dzięki temu możemy zwiększać nasze poparcie w stanach, przemieszczać naszego kandydata (co wpływa na niektóre karty), prowadzić reklamę w regionach czy podejmować tematy na tzw. Issue track.

1960: The Making of the President

Trzecią fazą jest tzw. Momentum Phase, podczas której przydzielane są nam bonusy z issue track oraz podczas której tracimy część znaczników (co by nie było za łatwo).

Ostatnią, czwartą fazą, jest Campaign Strategy. Polega ona na odłożeniu jednej (bądź w późniejszej fazie dwóch) kart na odpowiedni stosik. Będą one wykorzystywane podczas tur 6 i 9.

Tura 6 i 9 różnią się od pozostałych. Podczas tury 6 zbieramy karty pozostawione z Campaign Strategy Phase i wykorzystujemy je do wygrania debaty. Zwycięstwo w debacie daje nam możliwość przydzielenia dodatkowego poparcia na mapie. W turze 9 natomiast rozpatrujemy kart z Campaign Strategy Phase we wskazanych na nich stanach, dzięki czemu możemy jeszcze ostatnim rzutem na taśmę zmienić wynik wyborów w jakimś stanie. To tyle w dużym uproszczeniu.

Co mnie grzeje

Zacznijmy od najbardziej widocznego – 1960: The Making of the President jest kapitalnym wyścigiem po fotel prezydenta i grą naprawdę mocno nastawioną na konfrontację. Jak to w polityce. Nie liczcie na spokojną kampanię, tutaj toczy cię walka o praktycznie każdy stan, każdy głos może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść któregoś z kandydatów. Nawet ostatnio zdarzyło mi się przegrać wybory tak naprawdę jednym stanem. Są emocje, jest walka – to jest to, co naprawdę lubię.

1960: The Making of the President

Kolejnym plusem jest możliwość zagrywania kart na kilka sposobów. Kto grał w Zimną Wojnę czy Labirynt: Wojna z terroryzmem ten wie z czym to się je. Musimy się za każdym razem poważnie zastanowić jaką kartę i kiedy chcemy zagrać. A czynników jest sporo. Jeśli zagram kartę, to przeciwnik może wykorzystać swój żeton do odpalenia wydarzenia z niej – a często to potrafi zaboleć. Dodatkowo karty wymagają dorzucenia swoich cube’ów do tzw. puli Rest. Dzięki temu z jednej strony mamy później większą szansę na zwycięstwo w sytuacji dociągania z woreczka, z drugiej – możemy umieścić mniej kosteczek na planszy.

1960: The Making of the President

A dodajmy do tego kolejną rzecz – zagrywanie karty na kilka możliwych sposobów. Zagrywanie wydarzeń, zbieranie poparcia na planszy, reklamy w TV oraz walka na “issue track” – jest nad czym myśleć i uwierzcie mi – sprawia to naprawdę ogromną radochę. Nie mogę też narzekać na regrywalność w 1960: The Making of the President – kart jest naprawdę sporo, więc nawet pomimo tego samego początkowego setupu każda kolejna rozgrywka może wyglądać zupełnie inaczej. Zwłaszcza że zwykle tylko część dostępnych kart wchodzi do gry.

Co mnie ziębi

Wbrew pozorom i temu, co zaraz przeczytacie – nie tak wiele. Przede wszystkim 1960: The Making of the President to nie jest fillerek. W zależności od współgraczy rozgrywka trwała u mnie między 2,5 a 3,5 godziny. I to naprawdę srogiego myślenia, więc nie zdziwcie się, jeśli będziecie mocno zmęczeni po takiej rozgrywce. Wprawdzie jest go mniej niż w wspomnianych wcześniej Zimnej Wojnie czy Labirynt: Wojna z terroryzmem, ale nadal jest tu sporo główkowania. Nie wiem jakim cudem ludzie na BGG dają radę rozegrać partyjkę w godzinę, ja po tych 7 partiach nie jestem w stanie tak szybko grać :). Nie każdemu spodoba się również to, że trzeba dość mocno planować do przodu własne ruchy, mamy tu raczej przewagę strategii nad taktyką.

1960: The Making of the President

Drugą rzeczą jest dobór kart. Jak to zwykle w takich rozwiązaniach mechanicznych bywa – karty mogą nam po prostu nie siąść. Wprawdzie tylko raz odczułem wyjątkowego pecha na własnej skórze, ale jednak warto odnotować, że mogą się zdarzyć problematyczne rozgrywki. Raczej marginalne, ale możliwe. Zwłaszcza że niekorzystne dla nas wydarzenia możemy zablokować o ile posiadamy wystarczająco dużo żetonów.

Trzecią rzeczą jest pewna trudność wynikająca z naszej, jako Polaków, znajomości tematu. Generalnie wybory w Stanach to dla nas temat nieco egzotyczny. Dlatego też trzeba nieco zaznajomić się z głosami poszczególnych stanów lub po prostu sporo się ograć, żeby wiedzieć gdzie i o co jest sens walczyć.

1960: The Making of the President

Ostatnią drobnostką są pewne niedopowiedzenia w instrukcji. Na szczęście można (a nawet czasem trzeba) posiłkować się dostępnymi w necie FAQ. Nie tak dużo tych minusów, co? Aha, jeszcze jedno – znajomość języka angielskiego jest niezbędna!

Warto?

No ba. Wprawdzie koszt nieco boli po kieszeni, ale każda rozgrywka w 100% wynagradza mi dokonany zakup. Czasem szkoda, że sama rozgrywka nie trwa nieco krócej, bo wtedy 1960 częściej trafiałoby na stół, ale co do jakości rozgrywki absolutnie nie mogę narzekać. Dla mnie 1960: The Making of the President to przynajmniej solidne 8,5/10 przy najgorszych rozgrywkach, a przy tych najmiodniejszych – oscyluje w okolicach dychy. Kapitalna gra, polecam każdemu kto ma sporo czasu i współgracza to dyspozycji. A teraz czekam na KSa Campaing Trail, żeby spróbować takiej samej rozgrywki w szerszym gronie 🙂

Recenzja na podstawie egzemplarza własnego