Przed premierą – recenzja Subverse w early access

Trzy godziny. Mniej więcej tyle czasu wystarcza, że przejść Subverse… dwukrotnie. Trochę marnie jak na ponad 100zł early access prawda? Niby tak, ale w gruncie rzeczy tytuł naprawdę kusi… oj kusi.

Jako że na naszym portalu miewaliśmy już testy gier w wersji early access lub beta, to wrzucamy je od dziś do wspólnej serii “Przed premierą”. To tak krótkim wyjaśnieniem.

A skąd to?

Subverse to tytuł, który ufundował się jakiś czas temu na Kickstarterze i jest debiutancką grą Studia FOW Interactive. Oczywiście wiem, że nikt z Was moi kochani czytelnicy nie zna tego studia. Nigdy też nie zapoznał się z ich wcześniejszą twórczością związaną z… animowanym biznesem rozrywkowym. Ja oczywiście też nigdy żadnego z ich filmów na oczy nie widziałem i są firmą zupełnie anonimową. Tym bardziej słowa uznania za aktualną popularność na Steamie, nie każde debiutujące studio ma tyle siły przebicia.

Subverse

O co biega?

Fabuła Subverse toczy się, a przynajmniej tak mi się wydaje po dotychczasowych wydarzeniach, na trzech płaszczyznach. Z jednej strony mamy Kapitana, który jest czymś pomiędzy Hanem Solo, Deadpoolem i Boba Fettem z naprawdę dużym seksualnym apetytem – to właśnie w jego “skórę” głównie się wcielamy. Drugą płaszczyzną jest chęć zemsty zdradzonej Generał Blythe. Trzecią, najciekawszą chyba, jest rozgrywka w samym sercu kosmicznego Imperium, gdzie tron przechodzi w ręce młodej i niedoświadczonej Cesarzowej. Fabularnie, jak na to, czego się można było spodziewać po grze tego typu, jest naprawdę nieźle. Całość trzyma się całkiem przyzwoicie kupy, mamy ciekawie rozrysowane postacie antagonistów i protagonistów, a wszystko to okraszone “ch*jowym” humorem. Dosłownie.

Subverse

Bo jakby ktoś nie wiedział…

No dobra, pierwszy rzut okiem na Subverse i już wiadomo dlaczego ta gra jest popularna. ZEGZ. Nie oszukujmy się, praktycznie każda żeńska postać w grze wygląda tak, że heteroseksualny facet okazałby przynajmniej sporo zainteresowania. A że graczami są głównie mężczyźni, to nic dziwnego, że Subverse jest tak cholernie popularne. Do tego jeszcze jednak wrócimy. Jak wygląda sama rozgrywka? Ano dosyć prosto. Mamy tu właściwie dwie sekwencje występujące na zmianę.

Subverse

Pierwsza to walka w przestrzeni kosmicznej za pomocą naszego statku F3NIX. Tutaj mamy do czynienia raczej ze standardowym SHMUP – space shooterem. Popierdzielamy po sporej, acz zamkniętej przestrzeni, unikamy pocisków wrogów oraz rakiet w kształcie beniza rozwalając wszystko co się rusza. Do dyspozycji mamy standardowy strzał z karabinka oraz atak specjalny, który różni się w zależności od tego kto z nami wsiądzie do COCKpitu (przepraszam, musiałem XD). Wbrew pozorom walki nie są takie banalne i trzeba się troszkę nagimnastykować. Specjalne fabularne walki również odbywają się zwykle w tym trybie.

Subverse

Drugim rodzajem misji w Subverse to sekwencje taktyczne. Wysyłamy jedną naszą Waifu wspieraną przez 3 mutantów do walki na niewielkim, kwadratowym polu. Każda z postaci ma po kilka umiejetności + jedną mocną “umiejkę”, która wykorzystuje ładowany pasek “gniewu”. Jeśli mam być szczery to część taktyczna była dla mnie dużo łatwiejsza, pewnie dlatego, że mam jednak większe doświadczenie w tym gatunku.

Waifu

Co to byłby za kapitan, gdyby nie miał załogi? W obecnej fazie nasza załoga, poza specem od majsterkowania, który nikogo nie interesuje (bo jest facetem) składa się z trzech Waifu (tak, to jest oficjalna nazwa). Mamy więc androida Demi, która zajmuje się kierowaniem naszym statkiem i to ją znajdziemy na okładce oraz filmikach promujących. Drugą członkinią załogi jest dr Lily, zajmująca się badaniem mutantów… na różne sposoby. Ostatnią postacią, jaką możemy dołączyć do naszej załogi w early access Subverse jest przypominająca demonicę Killison.

Subverse

Waifu w Subverse pełnią centralną rolę. Posiadają potężne umiejętności, którymi wspierają nas w walce w fazie taktycznej oraz zmieniają broń, z jakiej korzystamy w fazie walk kosmicznych. Po każdej potyczce wybrana Waifu awansuje stając się coraz mocniejsza, a wraz z kolejnymi poziomami “oddania” zdobywa tzw. Pooter Points, za które mamy możliwość wykupienia odpowiednich kart.

No i możemy zaciągnąć je do łóżka (albo one nas, jak kto woli).

Bo wiecie… zegz

Studio FOW zasłynęło swoimi dość ciekawymi… animacjami i postarali się przenieść swoje doświadczenie także do Subverse. Możemy więc w odpowiednim menu podziwiać animacje z naszymi Waifu w roli głównej. A potrafi się tam dziać naprawdę sporo. Kto widział poprzednie filmiki, ten wie czego się spodziewać. Kto nie widział, tak jak ja, może się nieźle zdziwić. Powiem jedno – są tu takie sprzęty, że można nimi zabić. Seks-maszyny, mutanty, HJ – mówisz, masz. Żeby jednak nie było tak różowo – nie ma tego aż tak wiele. Na chwilę obecną każda z naszych Waifu ma 8-9 odmiennych animacji. Ludzie, którzy dla tego elementu gry zakupili Subverse mogą być nieco rozczarowani.

subverse anti horny

Work in progress

Na chwilę obecną Subverse kończy się w trakcie drugiego rozdziału, a dojście (hłehłe) do niego będzie trwać około 1,5h. Chyba że się zasiedzimy w jakimś menu za długo. I niestety widać, że gra nadal jest w trakcie tworzenia. Pomijając już, że rozgrywka jest dosyć krótka – praktycznie wszędzie widzimy napis “Soon”. Sklep inżyniera? Nope, jeszcze nie teraz. Więcej mutantów? Cztery muszą wystarczyć. Customizacja Waifu i swoich kwater? Może później. Rozbudowa F3NIXa? Owszem, ale tylko podstawowe poziomy. Z czterech galaktyk na ekranie do dyspozycji mamy tylko jedną. Miejsca na upgrade jest jeszcze naprawdę mnóstwo, ale sporo też zostało zapowiedziane.

Warto?

Czasami tak, a czasami nie. Zależy. Rozgrywka jest naprawdę ok. Cutscenki są miłe dla oka (o dziwo – bez aktów seksualnych) i niezłym voice actingiem, gameplay nie jest szałowy, ale dość przyjemny mimo swojej powtarzalności… powiedziałbym, że generalnie nie jest źle. Tylko że możemy to skończyć w max 2h i to przy założeniu, że 30 minut spędzimy zajmując się swoimi genitaliami. A i tutaj nie ma jakiegoś ogromnego pola do popisu. Być może za 2-3 duże patche będzie o wiele lepiej, ale póki co gra nie jest warta tych 100zł. I nawet żarty, za które dostalibyśmy permbana na twitterze (oraz zapewne wypowiedzenie z amerykańskiego korpo) nie ratują sytuacji. To jeszcze nie ten moment, wstrzymać konie 😀

*Notka: ogólnie to nie musieliśmy cenzurować obrazków (bo kto nam zabroni?), ale nie mogłem sobie odpuścić okazji do wrzucenia kilku memów na stronę
~Klapshtein

Komenatrze